wtorek, 15 stycznia 2013

Rozdział 3 "Szczęście w nieszczęściu"

Niedziela; 23.12.12r;
Warszawa

Obudziły mnie promienie słońca wpadające do salonu przez odsunięte okna. Rozejrzałam się zdezorientowana po pokoju. Po chwili przypomniałam sobie gdzie jestem. Marcina nigdzie nie widziałam. Postanowiłam rozejrzeć się po mieszkaniu. Właściwie to po za salonem i przedpokojem to nie widziałam nic więcej. Wstałam i z kanapy i ruszyłam przed siebie. Weszłam do pierwszego lepszego pokoju, który okazał się mini siłownią. Bieżnia, kilka ciężarków i telewizor, nic więcej. Poszłam do drugiego pokoju, ale okazało się, że nie ma w nim nic po za schodami. Zdziwiło mnie to trochę, bo w końcu byłam w bloku, ale jak widać mieszkanie było dwupiętrowe. Wbiegłam po schodach i weszłam do kolejnego pokoju. Wielki regał z książkami na całą ścianę, dwa fotele i mały stoliczek. Podłoga była wyłożona puchatą wykładziną, która ogrzała moje bose stopy. Na podłodze leżały słuchawki z podłączoną mp4. Włożyłam je i włączyłam pierwszy utwór. Nie znałam go. W słuchawkach poszłam dalej. Najpierw weszłam do garderoby, potem do jakiegoś pustego pokoju, a na koniec do jego pokoju. Ładny, nowoczesny z dużym, dwuosobowym łóżkiem. Bardzo dużo płyt i wielka wieża. Duże biurko i bardzo dużo różnych ołówków i kredek. Podeszłam bliżej i zobaczyłam, że na biurku leży rysunek.



Usiadłam na krześle przy biurku i zsunęłam słuchawki na szyje. Przyjrzałam mu się dokładnie. Bardzo ładny i precyzyjny. Nie wiedziałam, że Marcin rysuje i to jak! W sumie to skąd miałam wiedzieć. Znałam go dopiero jeden dzień. Niestety wpomnienia odrzyły i coś mnie natchnęło. To był jakby impuls. Chwyciłam ołówek, odwróciłam kartę na drugą stronę i napisałam:

Życie baletnicy jest powtarzaniem. Ciągłym powtarzaniem. Przez kilkanaście lat ćwiczysz to samo ćwiczenie tylko po to, żeby dać jeden występ i pokazać ludziom swoje umiejętności. To nie ma sensu... Emocje spowodowane moim znudzeniem i niechęciom do tych ćwiczeń rosły i rosły jak wielki balon aż w końcu pękły od nadmiaru negatywnych emcji. Wybuchłam i postanowiłam zakończyć to raz na zawsze. Niestety po tym wszystkim zostaje ślad. Rana w mojej psychice. Nawet kiedy się zagoi zostaje blizna, której nie da się usunąć. To zostaje na zawsze i nieodwracalnie. Nie da się wymazać tych bolesnych wspomnień i lat, które spędziłam na robieniu czegoś czego nienawidze. To tak jakby zostały one zaznaczone w mojej pamięci niezmywalnym mazakiem. Choćbym przez lata tarła w nie gumką i tak nie znikną. Zostaną, a wraz z nimi smutek i wieczna pamięć o zmarnowanej części mojego życia.

Pojedyncza łza spłynęła po mojej twarzy i spadła na podłogę. Nie wiem po co to napisałam, ale uświadomiłam sobie właśnie wtedy bardzo ważną rzecz. Założyłam słuchawki i włączyłam coś ostrzejrzego. Podgłośniłam, bo nie chciałam się rozpłakać. Ruszyłam w dalszą wędrówkę po mieszkaniu Marcina. Przymknęłam oczy, żeby wczuć się w muzykę i weszłam do ostatniego pokoju. Otworzyłam oczy i zdąrzyłam tylko krzyknąć:
- O BOŻE! - zatrzasnęłam drzwi i jak najszybciej zbiegłam na dół. Myślałam, że się spalę ze wstydu. Znałam go tak krótko, a już widziałam go nago... Wlazłam mu do łazienki jak ostatni cham kiedy się mył. Odłożyłam słuchawki na stolik w salonie i postanowiłam mu to jakoś wynagrodzić. Poszłam do kuchni i zabrałam się do robienia "śniadania na zgodę". Zaczęłam przygotowywać moje popisowe danie - omlety na słodko. Beznadziejna ze mnie kucharka, ale omlety robię pyszne. Po jakimś czasie w domu zaczął się unosić smakowity zapach. Nakryłam stół, zrobiłam herbatę i właśnie wtedy przyszedł Marcin. Przerwałam smażenie i popatrzałam  na niego przepraszającym wzrokiem.
- Naprawdę bardzo cię przepraszam! Chodziłam sobie po domu w twoich słuchawkach i nic nie słyszałam.
- Nie no, nic się nie stało. - uśmiechnął się krzywo z rumieńcem.
- Właśnie, że się stało! Weszłam Ci do łazienki i widziałam nago... - od razu poczułam, że moje policzki porkrywają się czerwonym kolorem.
- Zrobiłam śniadanie.
- Super! Strasznie jestem głodny. - uśmiechnęłam się i usiadłam z nim przy stole. Przez jakiś czas jedliśmy w milczeniu.
- Wiesz, tak się zastanawiałem co ty dalej będziesz robić, no nie? Masz jakiś plan? - powiedział z buzią pełną omletów.
- Nie wiem... Chyba wynajmę jakieś mieszkanie. - odpowiedziałam mu choć perspektywa wynajęcia jakiegoś mieszkania lekko mnie przerażała.
- Nie, no co ty! Skoro już tu jesteś to możesz pomieszkać jakiś czas u mnie! - uśmiechnął się.
- Nie chce Ci robić kłopotów. Pewnie masz swoje sprawy i żadna 17-latka nie jest Ci potrzebna do szczęścia.
- Słuchaj, jutro jest Wigilia, a ja jestem sam jak palec. Pierwszy raz od jakiegoś czasu miałbym towarzystwo w tym dniu. Poza tym nie robisz żadnego problemu. Mam za duże mieszkanie jak dla jednej osoby.
- Poczekaj chwilę... Powiedziałeś, że jutro jest Wigilia?
- No...
- Czyli dzisiaj jest 23 grudnia? - pytałam się go jak idiotka, ale dopiero teraz to do mnie dotarło.
- No jeżeli Wigilia jest 24 to dzisiaj jest 23!
- O rany... - wstałam.
- Wiesz co to oznacza? Dzisiaj są moje 18 urodziny! Rozumiesz? Jestem pełnoletnia! - szczerzyłam się jak jakaś wariatka, ale nie umiałam inaczej.
- Wow.. To happy birthdays! - wstał i uściskał mnie. Nie powiem, żeby mi się to nie podobało. To było przyjemne, a nawet bardzo.
- Mam pomysł! Zawsze chciałam mieszkać w Londynie i skoro jestem już "dorosła" to wyprowadzam się tam! - prawie krzyknęłam.
- Ale już? Nie robisz żadnej imprezy, czy coś? - widziałam po nim, że był smutny.
- No  nie dzisiaj, ale po świętach tak. Zacznę nowe życie. Dobrze znam angielski to nie będę miała problemów i kasy też mi nie brakuje to kupię sobie jakieś mieszkanie i znajdę jakąś pracę.
- Okej... Wiesz to twoje życie i nie będę się w nie mieszał. - cały czas był przygnębiony.
- Ej! No co ty! Tak się przywiązałeś do mnie? - uśmiechnęłam się i uściskałam go po przyjacielsku.
- Ale ty przecież nie masz tu żadnych swoich rzeczy!
- Faktycznie. Zapomniałam o tym... Chyba musimy pojechać do mnie do domu po nie. Nie ma innego wyjścia. - od razu zmarkotniałam. Nie miałam najmniejszej ochoty jechać do domu, ale musiałam, bo nie miałam rzadnego ubrania, ani nawet telefonu. Skończyliśmy śniadanie co jakiś czas zamieniając ze sobą słowo. Przyjemnie siedziało mi się w jego towarzystwie i zaczęłam zauważać jak bardzo jest przystojny. Gapiłam się  w jego oczy. Były tak niesamowicie brązowe. Niesamowicie...

Po 15.00 postanowiliśmy pojechać do moich rodziców. Miałam na sobie jego ubranie, bo nie mogłam pojechać w baletowym stroju. Śmiesznie wyglądałam. Przypomniało mi się, że dzisiaj miałam z nimi z okazji urodzin pójść do teatru, ale skoro mnie nie ma to pewnie pójdą sami. To miał być jakiś bardzo ważny spektakl i na pewno go nie opuszczą.
Zaczęło się ściemniać. Wsiedliśmy z Marcinem do jego samochodu i ruszyliśmy. Rozmawialiśmy i żartowaliśmy. Dowiedziałam się, że bardzo dużo słucha muzyki i chciałby kiedyś mieć pracę z nią związaną. Opowiedziałam mu o moim życiu. Za oknem szalała śnieżyca i dziwiłam się, że wie gdzie jedzie, bo ja już dawno straciłabym orientacje.
- Wiesz gdzie jedziesz? Może powinniśmy przeczekać tę śnieżycę? - zapytałam się go dla pewności.
- Nie! Po co? Dobrze znam tę trasę, bo niedaleko mieszkają moi znajomi. Często tędy jeżdżę.
- Ale no 100%? - zapytałam z obawą, bo opady przybierały na sile. Nagle samochód okręcił się wkoło. Totalnie nic nie widziałam. Marcin z trudem panował nad kierownicą. Wydawało mi się, że jedziemy pod prąd. Nagle znowy zaczęliśmy się kręcić. Krzyknęłam, bo samochodem strasznie zarzucało. Widziałam, że sobie nie radzi. Poczułam, że jedzimy w dół, tyłem. Teraz obydwoje krzyczeliśmy. Nabieraliśmy prędkości. Nagle z wielką siłą walnęliśmy w coś. Głowa odbiła mi się uderzyłam nią o drzwi. Wybuchnęły poduszki. Przez chwilę siedziałam w bezruchu z głową na poduszce. Bałam się, że zaraz znowu zaczniemy spadać.
- Boże! Nic Ci nie jest? - krzyknął zaniepokojony chłopak.
- Nie... Chyba nic. - podniosłam się i poczułam, że jedak coś mi jest, bo głowa strasznie mnie bolała.
- Ale Ci leci krew z głowy! - Marcin był strasznie wystraszony. Otworzłam lusterko i przejrzałam się. Zmroziło mnie, bo wyglądałam strasznie. Tyle krwi...
- Poczekaj, zaraz wrócę. - wyszedł z samochodu. Siedziałam i cierpliwie czekałam. Po jakimś czasie wrócił z kocem w rękach.
- Masz, przykryj się. Mam złą wiadomość... Zjechaliśmy po stromym zboczu i walnęliśmy w drzewo. Cały tył jest wgnieciony i nie wyjedziemy z tąd. - załamany był.
- Czyli co robimy? Może wyjdźmy i poszukajmy pomocy. - nie traciłam nadziei.
- Chcesz iść w nocy po lesie? Raczej nie uda nam się wejść na górę. Musimy tu przeczekać noc...
- Chyba żartujesz? Zamarzniemy... Chociaż sprawdź czy samochód odpali. Możemy spróbować jechać tu kawałek. W końcu dojedziemy do jakiś ludzi. - Posłużnie usiadł za kierownicą, ale auto nie miało zamiaru ruszać. Nasze położenie było straszne.
- Widzisz? Nie uda nam się z tąd wydostać. Musimy poczekać do rana.
- Super... - nie dyskutowałam już dłużej tylko zrezygnowana położyłam się i przykryłam kocem. Rozmyślałam. Zapomniałam o wszystkim i zasnęłam.

Obudziłam się. Nadal było ciemno. Nie czułam rąk i nóg. Trzęsłam się strasznie.
- Nie śpisz? - odezwał się szeptem Marcin.
- Nie nie mo mo gę za za snąć. - odpowiedzialam szczękając zębami.
- Zimno Ci no nie? - to mówiąc przytulił się do mnie. Od razu poczułam ciepło bijące od jego ciała. Ogrzał mnie w błyskawicznym tępie.
- Dziękuję! - szepnęłam i zasnęłam w jego ramionach. Czułam się bezpieczna i jednak szczęśliwa.

__________________________________________________________________________________

No i jest trzeci rozdział! :) Trochę późno, ale jest dłuższy. Nie wiem ile osób to czyta więc każdego kto wchodzi proszę o komentarz. Wiele dla mnie znaczą i wiem, że jest sens dalej to pisać.

4 komentarze:

  1. opowiadanie o tańcu, czekałam na to ♥ mogłabyś mnie informować? @justinsglance

    OdpowiedzUsuń
  2. O Boże, musialas nie? Od razu jakaś tragedia! xD Ale okej, kolejny dobry rozdział. Jak na pierwszy blog to naprawdę dobrze piszesz ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Omg wypadek, wypadek! Jak ja kocham wypadki!
    Ale musiało być im zimno !
    No nie wiem co mam pisać1!!!
    Starsznie mi się podobał!!!!!

    OdpowiedzUsuń